Słyszy jak dziewczyna szepcze jego imię.


*

Tylko kilka godzin marszu dzieli ich od głównego obozu. Po drodze muszą przejść wąską przełęcz. Nie istnieje poważne zagrożenie, by jakikolwiek oddział Francuzów znajdował się tak daleko od swych zimowych pozycji, jednak Neville zachowuje ostrożność. Wysyła naprzód zwiadowców, by przeszukali wzgórza. Ustawia swój oddział, stając na jego czele. Porucznik Harris zostaje na tyłach, natomiast najmniej doświadczeni żołnierze, kapelan i dwie kobiety znajdują się w środku.

Lily zachowuje dzisiaj spokój, nie jest już taka osowiała. Powoli sobie uprzytamnia, że ojciec nie żyje. Zaczyna odczuwać smutek. Mimo to wcześnie rano kochała się z Neville'em po raz drugi, obejmowała go ramionami, mówiła o miłości, o tym, że zawsze go kochała, od pierwszego wejrzenia, może nawet jeszcze wcześniej, wcześniej niż przyszła na świat, już od stworzenia świata. Uśmiechnął się na te wyznania i powiedział, że ją uwielbia.

Dziewczyna niesie paczuszkę zawieszoną na szyi. W zawiniątku znaj – - dują się ich dokumenty małżeńskie – inna ich kopia zostanie od razu zarejestrowana przez kapelana, kiedy wrócą do obozu. Zawiniątko, które niesie Lily, to dla niej zabezpieczenie. Każdy, kto je otworzy, dowie się, że ma do czynienia z żoną brytyjskiego oficera, że należy ją traktować z szacunkiem.

Francuzi są sprytni. Przynajmniej ten oddział. Udało im się ukryć. Czekają, aż Brytyjczycy przemaszerują przez przełęcz i znajdą się po drugiej stronie, a wtedy dopiero uderzają w osłabiony środek.

Neville odwraca się gwałtownie na dźwięk pierwszej salwy strzałów ze wzgórz. Nagle wydaje mu się, że wszystko ulega spowolnieniu i przez ciemny tunel widzi, że Lily, znajdująca się w połowie przejścia, wyrzuca w górę ręce i pada do tyłu, otoczona dymem i stłoczonymi ciałami jego wziętych w pułapkę żołnierzy.

Została trafiona.

Woła ją po imieniu.

– Lily! Lily!

Instynktownie zaczyna zachowywać się jak oficer, wyciąga szpadę, wykrzykuje rozkazy, próbuje przebić się do martwego pola na przełęczy. Do Lily.

Tymczasem porucznik Harris prowadzi swoich ludzi z tyłu na wzgórze. W końcu po kilku minutach Francuzi rzucają się do ucieczki. Neville dociera do środka przełęczy i znajduje Lily, na piersiach dziewczyny widnieje krew. Więcej krwi niż na jej ojcu poprzedniego dnia.

Lily nie żyje.

Patrzy na jej nieruchome ciało i pada na kolana, zapominając o swych obowiązkach. Obejmuje ją ramionami.

Lily. Moja kochana. Moja jednodniowa żono. Żono przez jedną noc.

Tylko jedną noc miłości.

Lily!

Nie czuje wcale bólu, kiedy kula trafia go w głowę. Świat pogrąża się w ciemności, a on pada nieprzytomny na martwe ciało ukochanej.

CZĘŚĆ TRZECIA. NIEREALNE MARZENIE

4

Nie poszli główną drogą, jak spodziewała się Lily. Skręcili tuż za bramą w niebrukowaną alejkę, wzdłuż której rosły drzewa. Neville nawet na nią nie spojrzał ani nie przemówił słowa. Boleśnie tylko ściskał jej rękę. Musiała czasami biec, by nadążyć za jego dużymi krokami.

Był oszołomiony, wiedziała to, nie był całkiem świadom, gdzie idzie i z kim. Nawet nie próbowała przerwać milczenia.

Tak naprawdę ona również była w ciężkim szoku. Neville miał się właśnie ożenić. Myślał, że ona nie żyje – wiedziała o tym od kapitana Harrisa. Minęły jednak niecałe dwa lata. A on miał zamiar ożenić się po raz drugi. Tak szybko…

Lily widziała jego wybrankę, kiedy w panice wpadła do kościoła. Panna młoda była wysoka, elegancka i piękna w białej satynie i koronkach. Jego narzeczona. Ktoś z jego świata. Ktoś, kogo prawdopodobnie kochał.

Ale wtedy minęła pannę młodą i wbiegła do głównej nawy. Czuła się tak jak poprzedniej nocy, jakby wstępowała w inny świat. Jeszcze gorzej niż zeszłej nocy. Kościół pełen był wspaniale, bogato odzianych dam i dżentelmenów, którzy się w nią wpatrywali. Czuła na sobie ich spojrzenia, mimo że jej oczy zwrócone były tylko na mężczyznę, który stał przed ołtarzem, piękny jak książę z bajki.

Miał na sobie błękitny strój, z dodatkiem srebra i bieli. Lily ledwo go poznała. Był tak samo wysoki, szeroki w ramionach, silny i męski. Jednak teraz był hrabią Kilbourne, jakimś obcym angielskim arystokratą. A ona miała w pamięci majora Newbury, twardego oficera z dziewięćdziesiątego piątego pułku strzelców. Swojego męża.

Major Newbury, którego pamiętała – Neville, jak zaczęła się do niego zwracać ostatniego dnia – nigdy nie dbał o swą powierzchowność, choć wyglądał atrakcyjnie w zielono – czarnym mundurze, zawsze zniszczonym, a często zakurzonym lub zabłoconym. Włosy miał zazwyczaj krótko obcięte. Natomiast teraz prezentował się niezwykle elegancko.

I miał poślubić piękną kobietę z własnego świata.

Myślał, że Lily nie żyje. Zapomniał już o niej. Nigdy o niej nie mówił – można to było wyraźnie poznać po zdumieniu osób znajdujących się w kościele. Być może wstydził się tego, że ją poślubił. A może Lily znaczyła dla niego tak niewiele, że nawet nie uznał za stosowne, by to zrobić. Ożenił się z nią w pośpiechu, ponieważ uważał, że taki ma obowiązek wobec jej ojca. Potraktował to jako błahe zdarzenie, niewarte nawet, by o nim mówić.

Dzisiaj był dzień jego ślubu – z inną kobietą.

A ona zjawiła się, by go od tego powstrzymać.

– Lily – odezwał się nagle, zaciskając jeszcze mocniej rękę. – To naprawdę ty? Naprawdę żyjesz! – Nadal patrzył przed siebie. Nie zwolnił kroku.

– Tak. – W porę powstrzymała się od tego, by go przeprosić, tak jak zrobiła to w kościele. Dla niego byłoby lepiej, gdyby zmarła. Nie dlatego, że był niedobrym człowiekiem. Wręcz przeciwnie. Jednak…

– Przecież nie żyłaś – powiedział. Nagle Lily zdała sobie sprawę, że ścieżka prowadzi skrótem na plażę, gdzie spędziła zeszłą noc. Minęli drzewa i zaczęli schodzić ze wzgórza, z szaleńczą szybkością przedzierając się przez paprocie. – Widziałem, jak upadłaś. Widziałem, jak leżysz martwa z kulą, która przeszła ci przez serce. Harris doniósł mi później, że umarłaś. Ty i jedenastu innych.

– Kula chybiła – odparła. – Wyzdrowiałam.

Zatrzymał się na dnie doliny i spojrzał na wodospad, opadający przepiękną wstęgą jasnej piany z porosłego paprociami urwiska do jeziorka, oraz na strumień biegnący do morza. Nad jeziorkiem znajdował się malutki, pokryty strzechą domek, który Lily zauważyła poprzedniej nocy. Do domku wiodła ścieżka, ale nic nie wskazywało, by ktoś tam mieszkał.

Neville zwrócił się w przeciwnym kierunku i pomaszerował na plażę, ciągnąc ją za sobą. Lily, rozgrzana długim, szybkim spacerem, wolną ręką rozwiązała wstążki kapelusza i pozwoliła, by opadł na piasek. Poprzedniej nocy zgubiła szpilki. Kilka pozostałych nie było w stanie utrzymać grzywy skręconych, niesfornych włosów. Opadły na ramiona i plecy.

– Lily. – Po raz pierwszy od wyjścia z kościoła spojrzał na nią. – Lily. Lily.

Zaczęli iść, ale nie wzdłuż linii piasku, tylko prosto do morza. Zatrzymali się dopiero na brzegu. Gdyby tylko nadal oddzielał ich ocean, pomyślała Lily. Gdyby pozostała w Portugalii. To byłoby lepsze dla nich obojga.

On poślubiłby inną kobietę.

Nie wiedziałaby, że tak szybko o niej zapomniał, że tak mało dla niego znaczyła.

– Ty żyjesz. – W końcu puścił jej dłoń, odwrócił się do niej, spoglądając w jej twarz badawczym wzrokiem, i uniósł rękę. Zawahał się, zanim opuszkami palców dotknął jej policzka. – Lily. Och, Boże! Ty żyjesz!

– Tak. Wreszcie dotarła do celu podróży. A może właśnie zaczęła się kolejna podróż. Stała przed nią w całym majestacie hrabiego Kilbourne.


*

Nagle Neville zdał sobie sprawę, że znajdują się na plaży, nad samym brzegiem morza. Nie miał pojęcia, dlaczego przyszedł właśnie tutaj. Wiedział tylko, że dom niedługo znów zapełni się gośćmi. A właśnie tutaj zawsze kierował się, kiedy chciał być sam. By pomyśleć w spokoju.

Teraz jednak nie był sam. Była z nim Lily. Dotykał jej. Czuł jej ciepłe żywe ciało. Była mała, szczupła, piękna i biednie ubrana, a jej długie włosy powiewały szaleńczo na wietrze.

To była, och, Boże, to była ona!

– Lily. – Spojrzał na morze, chociaż tak naprawdę nie widział ani brzegu, ani bezkresu wód. – Co się stało?

Nieprzytomnego zniesiono go z przełęczy. Porucznik Harris powiedział mu w szpitalu, że Lily i jedenastu żołnierzy, w tym kapelan, wielebny Parker – - Rowe, zginęli. Oddział zmuszony był do odwrotu, mogli zabrać jedynie swoje plecaki i rannych. Musieli zostawić zmarłych i ich rzeczy na pastwę Francuzów.

Poczucie winy nękało go nieustannie przez ostatnie półtora roku. Nie potrafił ustrzec swych ludzi. Nie dotrzymał słowa danego sierżantowi Doyle'owi. Zawiódł Lily – swoją żonę.

– Zabrali mnie do Ciudad Rodrigo – ciągnęła dalej. – Chirurg usunął kulę z mego ciała. Minęła serce ledwo o milimetry, powiedział, takiego właśnie użył określenia. Mówił po angielsku. Niektórzy z nich również. Zachowywali się wobec mnie uprzejmie.

– Naprawdę? – Odwrócił głowę i spojrzał na nią. – Czy znaleźli papiery, Lily? Dobrze cię traktowali? Z szacunkiem?

– O, tak. – Odwzajemniła spojrzenie. Przypomniał sobie jej wielkie, szczere oczy, błękitne jak letnie niebo. Nic się nie zmieniły. – Byli bardzo mili. Zwracali się do mnie madame. - Uśmiechnęła się na moment.

Poczucie ulgi sprawiło, że zadrżały pod nim kolana. Zdawał sobie sprawę, że szok zaczyna wreszcie mijać. Teraz byłby już po ślubie, w drodze do domu, gdzie czekało na nich śniadanie, na niego i Lauren, jego żonę. Znów poczuł falę oszołomienia.

– Wzięli cię w niewolę i traktowali dobrze? – powiedział. – Kiedy i gdzie cię uwolnili, Lily? Dlaczego nikt mnie nie poinformował? A może uciekłaś?

Opuściła oczy.

– Wkrótce po opuszczeniu Ciudad Rodrigo zostali zaatakowani – odparła. – Przez hiszpańskich partyzantów. Wzięto mnie do niewoli.