– Czy zauważyłaś może francuski regiment skradający się ukradkiem doliną, Lily? – pyta, nie patrząc na nią.

Dziewczyna wybucha śmiechem.

– Tak naprawdę aż dwa, proszę pana – odpowiada. – Kawalerii i piechoty. Czy powinnam o tym zameldować?

– Nie. – Uśmiecha się do niej i znów coś go chwyta za serce, kiedy spogląda na jej rozradowaną twarz. – To nie jest ważne. Chyba, że stary Boney przybywa z nimi.

Lily śmieje się znowu. Neville zastanawia się, siedząc obok niej, czy dziewczyna zdaje sobie sprawę, jakie wrażenie robi na mężczyznach… na nim. Z pewnością nie jest jedynym, który zauważył, że stała się już kobietą.

– Podejrzewam, Lily – mówi do niej. – Że potrafisz ujrzeć piękno nawet w tym opuszczonym przez wszystkich miejscu?

– Wcale nie jest opuszczone – odpowiada gwałtownie, jak zazwyczaj. Nawet nagie skały mają w sobie pewną majestatyczność, która budzi niepokój. Widzi pan? – Unosi smukłe ramię i wskazuje. – Trawa. A tam nawet kilka drzew. Natury nie można powstrzymać. Zawsze się odradza.

– To ledwie namiastki drzew. – Neville patrzy we wskazanym przez nią kierunku. – A mój ogrodnik w Newbury Abbey z pewnością wyrzuciłby bez namysłu tę trawę do śmieci.

Lily odwraca się i spogląda na niego, a jemu braknie tchu w piersiach. Jednocześnie pragnie odsunąć się od niej jak najdalej i pragnie zbliżyć się do niej tak bardzo, że…

– Jaki jest tam ogród? – W jej pytaniu słychać wyraźną tęsknotę. – Tatuś twierdzi, że nie ma nic bardziej uroczego niż angielski ogród.

– Zielony – odpowiada. – Soczystą, bogatą zielenią, której nie opiszą żadne słowa. Rośnie tam trawa, drzewa i kwiaty wszystkich kolorów i gatunków. Całe mnóstwo. Powietrze jest aż ciężkie od zapachów lata.

Neville rzadko kiedy odczuwa tęsknotę za domem. Czasami, kiedy zdaje sobie z tego sprawę, czuje się winny z tego powodu. Nie chodzi o to, że nie darzy uczuciem matki i ojca. Kocha ich. Został tak wychowany, żeby pewnego dnia przejąć rolę ojca jako hrabia, został wychowany, by poślubić Lauren, swą daleką kuzynkę, która dorastała razem z nim w Newbury Abbey i była mu równie droga, co własna siostra Gwen. Ale nastał czas, kiedy rozpaczliwie zapragnął żyć na swój sposób, marząc o czynach, przygodzie, wolności…

Zranił rodziców, zostając żołnierzem. Podejrzewa, że jeszcze bardziej zranił Lauren, kiedy odjeżdżając poinformował ją, tak delikatnie, jak mógł, że nie obiecuje, by prędko powrócił i nie oczekuje, że ona będzie na niego czekała.

– Tak bardzo chciałabym je zobaczyć i poczuć ich zapach. – Lily zamyka oczy i powoli wdycha powietrze, jakby wąchała róże rosnące w Newbury.

– Pewnego dnia tak się stanie. – Nie namyślając się, sięga ku niej i jednym palcem odgarnia kosmyk włosów z policzka dziewczyny. Jej skóra jest gładka i ciepła, włosy wilgotne. Czuje jak w jego lędźwiach rodzi się gwałtowne pożądanie i szybko cofa palec.

Dziewczyna uśmiecha się do niego. Nagle robi coś, czego przedtem nigdy nie robiła. Rumieni się i wzrokiem ucieka w bok.

Ona wie.

Neville'a zasmuca ta myśl. Traktował zawsze Lily jak przyjaciółkę, odkąd cztery lata temu Doyle został jego sierżantem. Dziewczyna ma żywy umysł i zachwycające poczucie humoru, a także obdarzona została naturalnym wyrafinowaniem zachowania, pomimo że nie umie czytać ani pisać. Rozmawiała z nim o swym życiu, zwłaszcza o latach spędzonych w Indiach, gdzie umarła jej matka, a także o ludziach i doświadczeniach, które dzielili. Kiedyś pokłóciła się z nim, gdy znalazł ją po potyczce na polu bitwy i skrzyczał za to, że zajęła się rannym, umierającym francuskim żołnierzem. Człowiek to po prostu człowiek, istota ludzka, odparła wtedy. Jego szarża nigdy nie robiła na niej wrażenia, chociaż tak jak ojciec i wszyscy jego ludzie zwracała się do niego „proszę pana”. Wtedy na polu bitewnym przyklęknął obok niej i podał Francuzowi wodę z własnej manierki.

Jednak wszystko się zmieniło. Lily dorosła. A on jej pożądał. Dziewczyna chyba to przeczuwała. Będzie musiał wycofać się z tej przyjaźni, ponieważ Lily nie mogła stać się dla niego niczym więcej. Była córką Doyle'a, a on szanował swojego sierżanta, chociaż pochodzili z różnych klas społecznych. A poza tym Lily była niewinna, a on miał obowiązek bronić jej honoru, a nie nastawać nań. Co więcej, ona również pochodziła z innej klasy. Niestety, takie sprawy miały w życiu duże znaczenie. Chociaż miał buntowniczą naturę, Neville nie potrafiłby zerwać ze swym światem i nigdy tego nie zrobi. Wpojono mu poczucie obowiązku wobec własnego rodu. Jest dżentelmenem, oficerem, wicehrabią, przyszłym hrabią.

Nigdy nie zostanie kochankiem Lily.

– Lily. – Stara się myśleć tylko o przyjaźni, stłumić inne, niepożądane uczucia. – Czego oczekujesz? Co chcesz zrobić ze swym życiem? O czym marzysz?

Nie może przecież pozostać na zawsze w wojsku. Co czeka ją w przyszłości? Małżeństwo z żołnierzem wybranym troskliwie przez ojca? Nie. Woli o tym nie myśleć.

Lily nie odpowiada od razu. Kiedy jednak odwraca ku niej głowę, widzi, jak dziewczyna spogląda w niebo, a uśmiech znów rozświetla jej twarz.

– Czy widzi pan tego ptaka? – Neville odrywa od niej wzrok i patrzy w górę. – Chciałabym być jak on. Wzbijać się wysoko. Silna. Wolna. Zrodzona przez wiatr przyjaciółka nieba. Nie wiem, co się ze mną stanie. Pewnego dnia pan odejdzie i wtedy…

Urywa w pół zdania, uśmiech na jej twarzy blednie, a niedopowiedziane słowa zawisają w powietrzu jak coś namacalnego.

Nagle ciszę przerywa wystrzał z karabinu.


*

Jeden ze zwiadowców kątem oka dostrzegł królika i wziął go za krwiożerczego francuskiego żołnierza. Tak najpierw myśli Neville. Musi to sprawdzić. Lata służby oficerskiej nauczyły go działać instynktownie, a nie tylko kierować się rozsądkiem. Szybka reakcja niejednokrotnie uratowała komuś życie.

Neville skacze na równe nogi i podrywa za sobą Lily. Biegną z powrotem do oddziału, troskliwie pochyla się nad dziewczyną, gdy sierżant Doyle krzyczy coś do niego, a wszyscy łapią za karabiny i amunicję. W biegu wyjmuje wiszącą u boku szablę. Wykrzykuje rozkazy swym ludziom, zapominając o Lily, kiedy tylko odstawia ją w stosunkowo bezpieczne miejsce w prowizorycznym obozie.

Źle ocenił postępowanie swojego żołnierza. To nie królik zwrócił jego uwagę, ale francuscy zwiadowcy. Jednak strzał ostrzegawczy okazał się błędem. Gdyby nie to, Francuzi prawdopodobnie poszliby spokojnie swoją drogą, nawet gdyby namierzyli brytyjskich żołnierzy. Nic by nie zyskali, wdając się w walkę. Jednak ktoś strzelił.

Wynikająca z tego potyczka jest krótka i ostra, ale stosunkowo nieszkodliwa. Nikomu nic by się nie stało, gdyby nie służący od niedawna w oddziale rekrut, który zastygł ze strachu na odkrytym wzgórzu, stając się nieruchomym, łatwym dla Francuzów celem. Doyle, przeklinając okropnie, rzuca się w jego kierunku i w jego pierś trafia kula przeznaczona dla chłopaka.

Walka kończy się po pięciu minutach. Francuzi, żegnani szyderczymi okrzykami, idą dalej.

– Nie ruszajcie go – krzyczy Neville, biegnąc wzgórzem do leżącego sierżanta. – Przynieście apteczkę.

To daremne, myśli Neville, kiedy jest już w pobliżu rannego. Na ciemnozielonym płaszczu sierżanta pojawia się tylko mała plamka krwi, ale w jego oczach widać już zbliżającą się śmierć. Neville oglądał już zbyt wiele takich twarzy, by się mylić.

– Już po mnie – odzywa się słabym głosem Doyle.

– Przynieście apteczkę! – Neville klęka przy umierającym. – Zaraz cię załatamy, sierżancie.

– Nie, proszę pana. – Doyle zaciska zimne i słabnące palce na dłoniach przełożonego. – Lily…

– Jest bezpieczna. Nic jej się nie stało. – Słyszy w odpowiedzi.

– Nie powinienem jej tu zabierać. – Wzrok mężczyzny staje się mętny, oddech urywa się. – Jeśliby znów zaatakowali…

– Nie zrobią tego. – Neville ściska dłoń sierżanta. Pragnie jakoś dodać mu otuchy. – Dopilnuję, by Lily bezpiecznie wróciła jutro do obozu.

– Jeśliby dostała się do niewoli…

Neville wie, że raczej nie grozi im kolejna strzelanina. Francuzi nie będą mieli ochoty, tak samo jak Brytyjczycy, na jeszcze jedną konfrontację. Gdyby się jednak tak stało, to istotnie los dziewczyny byłby godny pożałowania. Gwałt…

– Dopilnuję, by nic jej się nie stało. – Neville pochyla się nad mężczyzną, którego traktował z szacunkiem jako towarzysza walki, a nawet przyjaciela, mimo dzielącej ich szarży. – Nic jej się nie stanie, nawet jeśli dostanie się do niewoli. Masz na to moje słowo honoru. Poślubię ją jeszcze dzisiaj.

Jako żona oficera i dżentelmena Lily będzie traktowana przez Francuzów z honorami i uprzejmością. Wielebny Parker – Rowe, kapelan regimentu, który obozowe życie uważał za nudne, wybrał się z nimi na zwiady.

– Ożenię się z nią, sierżancie. Będzie bezpieczna. – Nie jest pewien, czy umierający rozumie jego słowa. Zimne palce nadal zaciskają się słabo na jego dłoniach.

– Mój plecak został w głównym obozie – mówi Doyle. – W środku…

– Zostanie oddany Lily – zapewnia go Neville. – Jutro, kiedy tylko bezpiecznie dotrzemy do obozu.

– Już dawno powinienem jej powiedzieć. – Głos umierającego staje się coraz słabszy, coraz mniej wyraźny. Neville pochyla się nad leżącym. – Powinienem był dać mu znać. Moja żona… Niech mi Bóg wybaczy. Kochała ją. Obydwoje ją kochaliśmy. Kochaliśmy ją zbyt mocno, by…

– Bóg ci wybacza, Doyle. – Gdzie do licha jest kapelan? – Nikt nigdy nie wątpił w twoje przywiązanie do Lily.

W tym momencie pojawia się Parker – Rowe z Lily. Dziewczyna na oślep zbiega ze wzgórza. Neville podnosi się i staje z drugiej strony, ustępując jej miejsca u boku ojca. Dziewczyna ujmuje dłonie umierającego i pochyla się nad nim, a wtedy włosy skrywają jej twarz jak zasłona.

– Tatusiu – mówi. Zaczyna szeptać jego imię, powtarza tak przez kilka minut, kiedy kapelan mruczy pod nosem słowa modlitwy, a żołnierze stoją w pobliżu, bezradni w obliczu śmierci.