– A co to ma znaczyć?

– Znaczy to, że może mój ojciec miał rację, odczuwając do was niechęć, ponieważ jesteście bogaci. Oznacza to, że nie podoba mi się twój sposób myślenia. Uważasz, że szybka aborcja wszystko załatwi. Bardziej bym cię szanowała, gdybyś nigdy tego nie zasugerował.

– Teraz jest to dozwolone.

– Ale nadal jest to morderstwo.

– Na ten temat opinie są podzielone.

– I jak widać, moja różni się od twojej.

– Zamierzasz więc zatrzymać dziecko?

– To nie twój interes.

– Jeśli to moje dziecko, to i mój interes.

– Mylisz się – powiedziała takim tonem, że pojął bezskuteczność dalszych prób wydobycia z niej czegoś więcej. W milczeniu prowadził wojnę z własnym sumieniem. Kiedy się odezwał, jego słowa wyraziły większą prawdę, niż którekolwiek z nich się tego spodziewało.

– Posłuchaj, nie chcę, żeby ten dzieciak wyrastał w tym samym domu, w którym mieszka twój ojciec.

Można było usłyszeć, jak z pociemniałych gałęzi zwieszających się nad drogą spada liść. W ciemności rozległ się cichy głos Catherine:

– Proszę, proszę…

W odpowiedzi zapalił silnik, wrzucił bieg i próbował szybką jazdą zniweczyć swą frustrację. Zamyślony, znowu jedną ręką trzymał kierownicę, jadąc tylko trochę za szybko, ale nie tak jak poprzednio. Catherine oparła się w fotelu i w milczeniu przyglądała drzewom, szybko umykającym do tyłu. Straciła poczucie kierunku i na chwilę oddaliła od siebie smutne myśli. Samochód zwolnił i skręcił w ulicę, przy której mieszkał Clay.

– Czy sądzisz, że twoi rodzice nadal tam są?

– Nie mam pojęcia.

– Wygląda na to, że pojechali – powiedział, nie dostrzegając na podjeździe samochodu Andersona.

– Wobec tego będziesz musiał odwieźć mnie do domu – powiedziała, po czym dodała, odwracając twarz do okna:

– Przepraszam za kłopot. Zatrzymał się przed skrzyżowaniem i siedział z udawaną cierpliwością. Kiedy Catherine nadal z uporem wpatrywała się w okno, był zmuszony zapytać:

– Dobrze, w którą stronę?

W błękitnobiałym świetle ulicznej latarni dostrzegła jego bezczelną pozę: dłoń oparta niedbale o kierownicę, ramię lekko odchylone w stronę drzwi.

– Ty rzeczywiście nic nie pamiętasz z tamtej nocy?

– Pamiętam to, co chcę pamiętać. Ty o tym pamiętaj.

– Uczciwie postawiona sprawa – stwierdziła, po czym obojętnym tonem podała mu adres, udzielając zwięzłych wskazówek, jak dojechać.

Jazda z Ediny do północnego Minneapolis zabrała dwadzieścia minut – długich, coraz bardziej nieprzyjemnych minut, w czasie których ich gniew topniał mniej więcej w takim tempie, w jakim wzrastała prędkość, z jaką Clay prowadził. Gdy zaniechali słownej potyczki, słychać było jedynie warkot silnika. Przemierzali uśpione miasto, które tylko od czasu do czasu wdzierało się w ich świat za sprawą mijanej latarni. W obrębie tego świata zagnieździła się nieproszona intymność, niczym niechciany gość, którego obecność zmusza gospodarza i gospodynię do uprzejmości. Cisza nabrzmiała nie wypowiedzianymi słowami – obawami, strachem, zmartwieniami. Każde z nich bardzo pragnęło rozstania i pozbycia się tego napięcia, jednakże rozejście się w tym stanie rzeczy wydało się obojgu zbyt trudne. Kiedy Clay wziął ostatni zakręt i wjechał na jej ulicę, samochód ledwo się toczył.

– Który… – Głos mu się załamał i musiał odchrząknąć. – Który dom?

– Trzeci z prawej.

Samochód zatrzymał się przy krawężniku i Clay z zamierzoną powolnością włączył jałowy bieg, po czym zmienił światła na postojowe. Teraz mogła uciec, ale co dziwne, została.

Clay pochylił się nad kierownicą w sposób, do którego Catherine już się zaczęła przyzwyczajać. Skierował wzrok na ciemny dom, a następnie na nią.

– Nic ci się nie stanie? – zapytał.

– Nic. A co z tobą?

– Boże, nie wiem. – Odchylił się w tył i zamknął oczy. Catherine przyglądała się, jak jabłko Adama na jego szyi podnosi się i opada.

– Cóż… – Położyła dłoń na klamce.

– Nie powiesz mi, jakie masz zamiary?

– Nie, ale wiedz, że mam pewne plany.

– A co z twoim ojcem?

– Wkrótce wyjadę. Tyle ci powiem. Jestem jego asem w rękawie, a kiedy mnie nie będzie, nie będzie miał czym cię straszyć.

– Nie myślałem o sobie, myślałem o tobie, o tym, co się stanie, gdy wejdziesz do środka.

– Nie zadawaj takich pytań, dobrze?

– Zmusił cię do przyjścia do nas dzisiaj wieczorem, prawda? – W jego głosie brzmiało napięcie.

– Powiedziałam, żadnych pytań, panie Forrester – odparła niepokojąco łagodnym głosem.

– Wiesz, czuję się okropnie, że pozwalam ci tak odejść.

– Cóż, wobec tego jest nas dwoje. Blade światło padające z deski rozdzielczej pozostawiało ich oczy w cieniu, jednak w jakiś sposób przekazali sobie wiele. Catherine gwałtownie odwróciła wzrok od jego twarzy, nie chciała bowiem, by prześladował ją wyraz smutku, jaki się na niej malował. Otworzyła drzwi i zapaliło się górne światło. Clay wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać. Ciepło jego dotyku paliło ją przez rękaw płaszcza. Odsunęła się powoli i odwróciła głowę. W łagodnym świetle dojrzał na jej szyi trzy fioletowe sińce, jeden pod drugim. Zanim zdołała temu zapobiec, palce Claya prześlizgnęły się po tym miejscu. Catherine skuliła się, opuszczając nisko brodę.

– Nie rób tego! – Jej oczy były szeroko rozwarte, dzikie, wyzywające.

Głosem pełnym napięcia Clay zapytał:

– On to zrobił, prawda? Nie było sensu zaprzeczać, przyznanie się byłoby głupotą.

Mogła jedynie unikać odpowiedzi wprost.

– Nie waż się mi współczuć – ostrzegała go. – Teraz bym tego nie zniosła.

– Catherine… – Nie wiedział, co powiedzieć. Nie chciał wplątywać się w jej życie, a jednak się wplątał. Ona nie może wysiąść z tego samochodu i odejść z ich dzieckiem w jakąś niewyraźną przyszłość. Oboje zdali sobie sprawę, jak bardzo był już zaangażowany w jej życie.

– Czy mógłbym dać ci chociaż trochę pieniędzy? – zapytał prawie szeptem.

– Nie… proszę… nie chcę nic od ciebie bez względu na to, czy mi wierzysz czy nie.

Teraz już jej wierzył.

– Czy skontaktujesz się ze mną, jeśli zmienisz zdanie?

– Nie zmienię. – Wyswobodziła łokieć z uścisku jego palców.

– Powodzenia – powiedział, nie spuszczając z niej wzroku.

– Tak, tobie też tego życzę. Następnie pochylił się, żeby otworzyć jej drzwi, a wtedy grzbietem dłoni lekko musnął jej brzuch, sprawiając, że dostała gęsiej skórki. Szybko wysiadła.

– Hej, poczekaj chwilę… – Pochylił się na siedzeniu, wpatrując się w nią z dziwnie smutnym wyrazem oczu i ust. – Ja… Jak masz na nazwisko, bo nie pamiętam, Catherine?

– Anderson. Nazwisko jest tak popularne, że łatwo je zapomnieć.

Odwróciła się i wbiegła do domu.

Kiedy zniknęła, Clay Forrester, odziany w drogą, szytą na miarę sportową marynarkę, objął ramionami kierownicę swojego kosztownego sportowego samochodu, położył na nich swą dobrze przystrzyżoną głowę, wiedząc, że jak długo będzie żyć, nie zapomni jej nazwiska.

ROZDZIAŁ 3

Na dole paliła się jedynie lampka na konsoli. W jej świetle Clay dostrzegł swe odbicie w lustrze. Zobaczył ściągnięte brwi. Catherine Anderson, pomyślał. Catherine Anderson. Ponieważ nie spodobało mu się to, co zobaczył, szybko zgasił światło.

Na górze drzwi do sypialni rodziców były otwarte. Lampa z ich pokoju rzucała na korytarz snop światła. Clay zatrzymał się z rękami opartymi na biodrach, wpatrując się w podłogę w sposób, w jaki to zwykle czynił, gdy był zmartwiony, i zastanawiał się, co im powiedzieć.

– Clay? Słyszeliśmy, jak wróciłeś. Wejdź. – Ojciec podszedł do otwartych drzwi. Stojąc w cieniu, Clay przyglądał mu się, jego ciężkiej welurowej bonżurce, opadającej na spodnie niczym krótkie kimono. Włosy okalały zdrową twarz starszego pana miękkimi srebrnymi falami. Przez chwilę Clay chciał objąć ojca za szyję i wtulić twarz w te srebrne fale, poczuć przy swoim policzku jego opalony policzek, jak wówczas kiedy był dzieckiem i przybiegał rano po uścisk.

– Nie chciałem, żebyście ty i mama tak długo na mnie czekali.

– Tak czy owak nie mogliśmy spać. Wejdź. Dywan koloru kości słoniowej tłumił kroki ojca, kiedy Clay podążył za nim. Zastał matkę ubraną w elegancki kremowy szlafrok, ze stopami podwiniętymi w rogu szaroniebieskiego krzesła obitego jedwabiem.

Miał wrażenie, że czas cofnął się o dwadzieścia lat. Jako że każde z nich podążało własnymi ścieżkami, rzadko przebywali razem nie ubrani wyjściowo. Teraz nie było wytwornego kostiumu, wysokich obcasów i biżuterii. Na brzegu krzesła siedziała skulona, nieszczęśliwa kobieta. Clay ponownie miał to dziwne uczucie, jakiego doznał w korytarzu. Chciał wtulić twarz w jej kolana i znowu być jej małym chłopczykiem. Powstrzymał go jednak wyraz twarzy matki.

– Wypiliśmy właśnie po kieliszku białego wina, żeby uspokoić zszarpane nerwy – powiedział ojciec, przechodząc przez pokój, by napełnić kieliszek trunkiem z kryształowej karafki, podczas gdy Clay usiadł na takim samym krześle, jak krzesło matki. – A ty się napijesz?

– Nie, dziękuję. – Z ironią pomyślał: wino, zdradzieckie wino.

– Clay, niczego nie zakładamy. Jeszcze nie – zaczął ojciec. – Nadal czekamy na twoją odpowiedź.

Clay spojrzał na zaniepokojoną twarz matki, na całą jej postać, która milcząco błagała o jedno: nie chcę wiedzieć tego, co może być prawdą. Ojciec stał z kieliszkiem w dłoni, wpatrując się w niego, czekając.

– Wygląda na to, że Catherine ma rację – wyznał Clay, nie mogąc oderwać wzroku od zmieniającego się wyrazu twarzy matki, jej rozszerzających się oczu, które wpatrywały się w niego przez chwilę, zanim poszukały wzroku męża. Claiborne jednak badał wyraz malujący się na twarzy syna.

– Czy jesteś pewny, że to twoje? – zapytał bez ogródek Claiborne.

Clay pocierał ręką o rękę, pochylony do przodu, wpatrywał się w podłogę.