– Tak jest.

– Czy jest to zgodne z prawdą, panno Morgan?

– Pani Morgan. Tak, to prawda. Kapitan uniósł brew.

– Pani Morgan, oczywiście – poprawił się. – Czy znana jest wam jakakolwiek przyczyna, dla której Wspólnota Massachusets nie miałaby zadośćuczynić waszemu życzeniu? – spojrzał kolejno na Rye'a i Laurę.

Odpowiedzieli zgodnie:

– Nie.

– Wstępując w stan małżeński, oboje musicie kierować się chęcią, by trwał on do końca życia. Czy takie są wasze intencje? Panie Dalton?

– Tak – rzekł Rye.

– Pani Morgan?

– Tak – odpowiedziała Laura.

– Jest to stan, w który nikt nie powinien wstępować bez miłości. Czy przysięgacie miłować się do końca swoich dni?

– Przysięgam – Rye zwrócił rozkochane oczy na Laurę.

– Przysięgam – powtórzyła jak echo. – Do końca moich dni.

– Kto będzie świadkiem tego związku?

– Ja – rzekł Josiah. – Josiah Dalton. Kapitan skinął głową.

– Kto oddaje tę kobietę?

– Ja – pisnął Josh. Kapitan zmrużył oko – widocznie tę część ceremonii podszepnął mu Josiah.

– A ty jesteś…

– Josh – wyjaśnił chłopczyk. – To jest moja mama – rzekł, oglądając się przez lewe ramię. Następnie zerknął przez prawe i dodał: – A on jest moim ojcem.

– Co takiego? – kapitan zapomniał o protokole.

Laura zagryzła usta, żeby się nie roześmiać. Obok niej Rye spłonął rumieńcem i przestąpił z nogi na nogę.

– To jest moja mama, a to jest mój ojciec i ja wyrażam zgodę, żeby się pobrali! – powtórzył cierpliwie Josh.

Kapitan opanował się i podjął:

– Znakomicie. Czy mamy obrączki? Nagle zrobił się ruch. Laura grzebała w maleńkim woreczku, który miała na przegubie dłoni, a pan młody – ku ostatecznemu zdumieniu kapitana – zdjął z palca złotą obrączkę i podał ją towarzyszce. Następnie zaś wszyscy stanęli przed nim jak gdyby nigdy nic.

Widząc, że pan młody będzie nosił znów tę samą obrączkę, kapitan mimowolnie otworzył usta.

– No, da im pan wreszcie ten ślub czy nie? – zniecierpliwił się Josh.

– Tak, tak. Na czym to stanęliśmy?

– Czy są obrączki? – przypomniał mu malec. Kapitan chrząknął kilkakrotnie by pokryć zmieszanie.

– Ach, tak. Proszę, powtarzajcie za mną: Tą obrączką biorę sobie ciebie, Lauro Morgan, za małżonkę, wyrzekam się innych kobiet i będę kochał tylko ciebie aż do końca moich dni na tej ziemi.

Stwardniałe palce Rye'a drżały, podobnie jak jego głos, gdy powtarzał słowa kapitana. Potem – już po raz drugi w życiu – wsunął jej na palec obrączkę.

Zacisnęła w dłoni drugą obrączkę, tę, którą przed chwilą zdjął. Zachowała ciepło jego ciała, schwytane w wypolerowanym metalu. Kapitan Swain podyktował jej słowa, a ona powtarzała przyciszonym głosem:

– Tą obrączką biorę sobie ciebie, Rye'u Daltonie, za małżonka, wyrzekam się innych mężczyzn i ślubuję, że będę kochać tylko ciebie do końca moich dni na tej ziemi.

– Mocą powierzoną mi przez… – kapitan przerwał i zerknął przez okno, żeby przekonać się, gdzie się znajdują – przez Wspólnotę Massachusets ogłaszam was mężem i żoną.

– Raz i na zawsze – mruknął pod nosem Josiah, uśmiechając się z satysfakcją, gdy jego wysoki przystojny syn pochylił się, całując ukochaną kobietę.

Państwo młodzi przylgnęli do siebie z rozrzewniającym uśmiechem.

– Hej – Josiah trącił syna – zrób no trochę miejsca, niech stary też dostanie buziaka.

Czule objął Laurę, Rye zaś uścisnął dłoń kapitanowi. Nagle zorientował się, że niski wzrost Josha wyklucza go z centrum wydarzeń. Pochylił się i wziął synka na ręce.

– Teraz panna młoda dostanie całusa od syna. Trzymane wysoko w górze dziecko pochyliło się, by ucałować matkę. Widząc jej radość, chłopczyk też się rozpromienił. Laura zaśmiała się lekko i powiedziała:

– Myślę, że pan młody też zasłużył na całusa. Josh zawahał się chwilę. Jedną ręką obejmował za szyję Rye'a, drugą Laurę, jak na rodzinnym portrecie. Kiedy po raz pierwszy w życiu przytknął swe różane usteczka do policzka Rye'a, serce ojca wezbrało tkliwością. Przyglądali się sobie oczyma, które były niemal wiernym odbiciem. Chwila zdawała się trwać wiecznie. Potem nagle Josh puścił matkę, zarzucił drugą rączkę na szyję Rye'a i schował buzię na jego silnej, pachnącej cedrem szyi. Rye przymknął oczy i odetchnął głęboko, by pokryć wzruszenie. Kapitan chrząknął.

– Uważam, że w tej sytuacji powinniśmy wznieść toast. Będę też zaszczycony, mogąc gościć państwa przy moim stole podczas kolacji. Mówiłem już kucharzowi, żeby z tej okazji upitrasił coś wymyślniejszego niż gulasz.

Laura i Rye mogliby równie dobrze jeść trociny. Rozmowa toczyła się z ożywieniem, a gdy kapitan Swain oznajmił wszystkim, że tego dnia udzielił ślubu, w mesie zrobiło się dużo weselej, niż przy obiedzie. Jednakże mimo rozgwaru Rye i Laura widzieli tylko siebie. Musieli się pilnować, by nie zatracić się w swoich oczach. Czas zdawał się wlec na ołowianych nogach. Otaczali ich ludzie i ciągle podchodził ktoś nieznajomy, żeby złożyć im gratulacje. Laura nie mogła patrzeć na zegarek, tak by nikt tego nie zauważył, ale nieco później spostrzegła, iż Rye często wyciąga z kieszonki swój pod osłoną stołu. Za każdym razem, kiedy zatrzaskiwał wieczko, spoglądał jej prosto w oczy i Laura czuła, że robi jej się gorąco. Słuchając opowiadanej przez jedną z pasażerek anegdotki o modystce z Albany, zdała sobie sprawę, że przez cały czas nieświadomie szarpie wiszący na gorsie sukni zegarek. Szybko opuściła dłoń i skupiła uwagę na rozmówczyni. Nie słyszała jednak ani słowa, bo Rye, pozornie zatopiony w rozmowie z sąsiadem z drugiej strony, przycisnął pod stołem udo do jej uda.

W kilka chwil później znów poruszył nogą i poczuła, że niecierpliwie przytupuje pod stołem. Rytmiczny ruch wzbudził w niej tępe uczucie podniecenia.

W chwili gdy pomyślała, że nie wytrzyma już ani sekundy dłużej, Josh – chwała mu za to! – pociągnął dziadka za łokieć.

– Dziadku, musimy iść zobaczyć, co z naszymi kurczętami.

– Masz rację, chłopcze. Zasiedzieliśmy się.

Noga Rye'a przestała podrygiwać. Z udawanym brakiem pośpiechu dźwignął się z ławy i podał Laurze dłoń, pomagając wstać.

Jak gdyby trzeba mnie było ponaglać – pomyślała.

Pożegnania i życzenia dobrej nocy ciągnęły się w nieskończoność, ale w końcu towarzystwo rozproszyło się i Daltonowie ruszyli korytarzem do swych kajut.

Pod drzwiami młodej pary Josiah przystanął i wycelował w nich cybuch fajki.

– Rano możecie spać do woli. Nie martwcie się o Josha ani o mnie… – Jego dłoń odnalazła ramię malca i uścisnęła je. – Będziemy zajęci karmieniem zwierzaków.

Josh ujął dziadka za poskręcaną dłoń i pociągnął go w stronę następnych drzwi.

– No chodź już! Łajba piszczy!

– Idę, idę – Josiah dał się odciągnąć z zadowoleniem, jakiego nie dane mu było zaznać od dnia, gdy jego syn wypłynął w morze na wielorybniku „Massachusets”.

ROZDZIAŁ 23

Klamka szczęknęła, zamykając za nimi drzwi kajuty. Laura stanęła na środku, Rye przy drzwiach. Zza ściany dobiegło poszczekiwanie Łajby i entuzjastyczne okrzyki Josha. Po chwili zapadła cisza, przerywana tylko rytmicznym stukotem łopatek maszyny, pracującej bez wytchnienia w trzewiach statku. Latarnia kołysała się nad głową Laury rzucając jej cień to na ścianę, to znów na nogi Rye'a.

Laura zerknęła na wąskie koje, porównując w myśli ich długość ze wzrostem Rye'a. Brakowało dobrych sześciu cali. Zsunęła z ręki torebkę i usłyszała za sobą cichy głos Rye'a.

– Pani Dalton… Odwróciła się do niego powoli. Stał na rozstawionych nogach, rozwiązując krawat.

– Słucham, panie Dalton? – Rzuciła woreczek na ławę, nie troszcząc się, by spojrzeć, gdzie wylądował. Serce tłukło się jej w piersi. Brakowało jej tchu.

– Czy teraz mogę już panią posiąść? – Rye pozostawił na szyi rozwiązany krawat, rozpiął frak i oparł obie dłonie na biodrach. Stał przed nią, nie kryjąc tego, co sprawiało, że tak bardzo niecierpliwił się przy stole. Spojrzenie Laury ześliznęło się w dół, na napięty materiał spodni.

– Już myślałam, że nigdy o to nie zapytasz – wyszeptała. Zatrzymali się na krawędzi świetlistej wieczności, napawając się oczekiwaniem aktu, równie podniecającym jak sam akt.

– No to chodź tu i zaczynamy – rzekł krótko. Spotkali się wpół drogi, serce przy sercu, usta przy ustach, mężczyzna i kobieta, związani od lat uczuciem, którego przeciwności losu nie zdołały zniszczyć. Niecierpliwe języki zetknęły się, imitując to, co miało się rozegrać za chwilę. Rye pochylił się nad nią, wdychając z jej odzieży zapach woskownicy.

On pachniał świeżo wyprasowanym lnem i drewnem, w którym pracował, przez wiele lat.

Laura wsunęła rękę między rozpięty frak a ciasną kamizelkę, rozpostarła palce na jedwabnej tkaninie, która napięła się na plecach Rye'a, gdy pochylił się, żeby ją objąć.

Długi czas oczekiwania minął. Nie musieli się już krępować ani trzymać rąk przy sobie. Rye objął jej wzniesioną pierś, ona powiodła dłonią po ciepłym zgrubieniu na jego podbrzuszu.

Rye jęknął namiętnie, Laura także, lecz jej głos utonął w pocałunku, stłumiony przez język, który głaskał śliskie wnętrze jej ust. Ręce obojga zaczęły się poruszać; narastała w nich rozkosz.

Dłoń Rye'a znalazła się na dłoni Laury, wzmagając jej nacisk.

– Nie mogłem się doczekać, kiedy mnie popieścisz – jego dłoń przesunęła się w dół po żółtej spódnicy – a ja ciebie.

Jego dotyk rozpalił ogień w żyłach Laury i sprawił, że tak prosta rzecz, jak oddychanie, przychodziła jej z największym trudem.

– Myślałem, że ta kolacja nigdy się nie skończy – rzekł, wtulając usta w jej szyję.

– Ciągle chciałam cię pytać, która godzina. Oczy tak niebieskie jak wody Atlantyku uśmiechnęły się do niej.

– Odpowiednia, żeby zrzucić wreszcie tę kieckę, pani Dalton.

– I ten frak, panie Dalton.

– Rzeczywiście. – Rye podrapał się po bokobrodzie. – Zrobiło mi się w nim trochę niewygodnie.