Maddie zdawała sobie sprawę, że przyjęła uwielbienie siostry za pewnik. Przez wszystkie te lata przesyłała jej programy operowe podpisane przez królów i samego cara albo drobiazgi – takie jak złoty wachlarzyk, czy nawet naszyjnik z pereł, a jednak nie znalazła czasu, żeby ją odwiedzić, choć była tak blisko.

Kiedy wreszcie dotarła do Filadelfii, ciotka leżała chora, odchodząc od zmysłów z niepokoju i zdenerwowania. Minął już tydzień od dnia, kiedy przyszedł do niej jakiś mężczyzna, powiedział, że ma Laurel i chce rozmawiać z Maddie.

– Twój ojciec nigdy mi tego nie wybaczy – powtarzała ciotka. – Och, Maddie, starałam się, jak mogłam. Laurel i to takie milutkie dziecko. Nigdy nie hałasowała ani nic bałaganiła jak inne dzieci. I tak przepadała za nową szkoła!

Czemu, ach, czemu to musiało się przytrafić właśnie jej?

Maddie dała ciotce silną dawkę laudanum i zeszła na dół, Spędziła tam cały dzień, czekając i niecierpliwie wyglądając jakiegoś posłańca. Wreszcie przyszedł. Nie zdjął kapelusza i trzymał się w cieniu, ale dokładnie zapamiętała jego twarz.

Powiedział, że Maddie odzyska Laurel, jeśli wyruszy na złotonośne tereny wzdłuż rzeki Kolorado i zaśpiewa w sześciu miastach. W każdym z nich ktoś nawiąże z nią kontakt i da jej mapę. Ma się udać w miejsce wskazane na mapie, gdzie ktoś da jej list. Ma zabrać ten list ze sobą, pilnować go i przekazać kolejnemu łącznikowi.

– Co będzie w tych listach? – spytała Maddie automatycznie.

– Nie pani sprawa – warknął. – Nie zadawać za dużo pytań, a siostra wróci cała i zdrowa.

Jeszcze raz ostrzegł ją, żeby nie wciągała w sprawę nikogo z zewnątrz i trzymała buzię na kłódkę. Obiecał, że jeśli będzie posłuszna, w trzecim mieście spotka siostrę, a w szóstym siostra zostanie jej oddana.

Maddie przestały obchodzić występy we wschodniej części Stanów Zjednoczonych. Kazała odwołać wszystkie przedstawienia. John był wściekły. Powiedział, że w ten sposób oddają Amerykę Adelinie Patti, że Patti stanie się bóstwem Ameryki, a jeśli Maddie odwoła występy, Amerykanie ją znienawidzą.

Zdawała sobie sprawę, że John ma rację, ale wiedziała też, że nie ma wyboru. Nie chciała jechać na zachód i śpiewać dla bandy poszukiwaczy złota, którym opera kojarzyła się wyłącznie z grubymi śpiewaczkami. Dość miała kłopotów i bez tego. Po co występować dla barbarzyńców, którym nie zależy na jej śpiewie?

Wreszcie John ustąpił i odwołał wszystkie przedstawienia. Równocześnie jednak podziękował za dalszą współpracę i wrócił do ojczystej Anglii. Pracowali razem od chwili, gdy Maddie skończyła siedemnaście lat. Zawdzięczała mu swoją karierę. A jednak przez tych ludzi i ich listy musiała, go utracić.

Właśnie pospiesznie się pakowała, szykując do podróży na zachód, kiedy odwiedził ją generał Yovington. Od początku należał do grona jej najwierniejszych wielbicieli, odwiedzał ją po każdym występie, zapraszał na kolacje, dawał nawet prezenty: to jakiś rubin, to szmaragd. Maddie wiedziała, że chciałby uczynić ją swą kochanką, potrafiła jednak tak pochlebiać mężczyznom, że byli przekonani, że z rozkoszą by się im oddała, tyle że po prostu nie może.

Jednak człowiek, który tamtego dnia wszedł do jej mieszkania, w niczym nie przypominał zasypującego ją komplementami, czatującego towarzysza, który całował ją w rękę. Praktycznie wdarł się do domu i oświadczył, że wie o Laurel.

Ku swemu wstydowi, Maddie wybuchnęła płaczem. Generał tulił ją przez chwilę, po czym odsunął zdecydowanym ruchem. Powiedział mnóstwo rzeczy, których nie zrozumiała. Chodziło o politykę, rzecz, która niewiele Maddie obchodziła- Miało jakiś związek z niewolnictwem i walką o to, czy nowe terytoria, na których niedawno odkryto złoto, przyłączą się do Unii, opowiadając się za czy przeciw zniesieniu niewolnictwa.

– A co to ma wspólnego z Laurel – spytała, wydmuchując nos. – Albo ze mną?

– Potrzebują kuriera, kogoś, kogo nikt nie będzie podejrzewał. Na przykład śpiewaczki, która będzie swobodnie przenosić się z miejsca na miejsce, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

– Ale kto potrzebuje kuriera?

Nie wiem. Nic mam pojęcia, czy będzie pani przewozić listy zwolenników czy przeciwników zniesienia niewolnictwa.

– Niewolnictwo nic mnie nie obchodzi. Nigdy nie miałam niewolników i nie zamierzam takowych posiadać. Chcę tylko odzyskać siostrę. Może mój ojciec…

– Nie! – prawie wykrzyknął generał, ale natychmiast zapanował nad głosem. – Ci ludzie to fanatycy. Jeśli będzie pani szukała u kogoś pomocy, zabiją pani siostrę. Lepiej niech pani robi dokładnie to, co jej polecą. – Ujął jej dłoń.

– Ale ja pani pomogę.

Trzy dni później podążała na zachód wśród nieprzerwanej strugi ludzi podążających tam bądź w charakterze osadników albo w poszukiwaniu szczęścia na złotonośnych terenach. Tyle że ona jechała własnym, jaskrawoczerwonym Concordem i towarzyszyła jej trójka najdziwniejszych ludzi, z jakimi kiedykolwiek się zetknęła: Frank z pokiereszowaną twarzą i gniewnym spojrzeniem. Sam, którzy rzadko się odzywał i nigdy się nie wiedziało, co naprawdę myśli, wreszcie Edith, która mówiła o sobie Słodka Edith i nieustannie raczyła swoją panią opowiastkami z życia prostytutki.

Zarówno pojazd, jak i najemników wybrał generał Yovington. Maddie wolałaby jakiś mniejszy zaprzęg, ale generał podkreślał znaczenie mocnej konstrukcji Concordia i zapoznawszy ją z wyjątkowymi talentami Franka, Sama i Edith, uświadomił, jak bardzo mogą się jej przydać.

1 tak oto podróżuje przez te dzikie okolice i wspina się na strome zbocza, podczas gdy jeszcze kilka miesięcy temu chodziła w jedwabiach i spała w puchu. Jeszcze niedawno była otoczona ludźmi, którzy rozprawiali o jej trelach i kadencjach, a teraz śpi w namiocie na twardej leżance, a jej towarzystwo stanowią osobnicy tacy jak Edith, która snuje opowieści o mężczyznach, albo kapitan Montgomery, który nocą wślizguje się do jej namiotu i mówi, co ma robić i jak ma robić.

Chwała niebiosom, że udało jej się go pozbyć! Franka, Sama i Edith dość łatwo potrafiła przechytrzyć. Uważali, że jeśli chce sama zapuszczać się w las i ryzykować, że ktoś ją zabije, to jest wyłącznie jej sprawa. Maddie czuła jednak, że kapitan Montgomery nie dopuściłby, żeby zrobiła cokolwiek bez jego pozwolenia. Miała urażenie, że nie przyjąłby spokojnie oświadczenia, że jedzie sama w góry i spotkają się po jej powrocie.

Co by było, gdyby z nią jednak podróżował? Gdyby stawał na przeszkodzie jej spotkaniom z wysłannikiem porywaczy? Gdyby zażądał, aby mu wyjaśniła cel i powody swego postępowania? Maddie opowiedziała pokojówce o treści listów, ponieważ Edith została wynajęta przez generała Yovingtona, ale ta tylko ziewnęła. Polityka obchodziła ją jeszcze mniej niż Maddie. Czego się spodziewać? W końcu Edith nie wybiegała myślami dalej niż do menu na najbliższą kolację.

Maddie czuła jednak, że kapitan Montgomery jest inny. Gdyby z nią podróżował, z pewnością wtykałby nos do wszystkiego, co jej dotyczy. A gdyby dowiedział się o listach, bez wątpienia dalby wyraz swoim poglądom na niewolnictwo i nie życzyłby sobie, żeby zadawała się z ludźmi, którzy mają swoje własne zdanie na ten temat. Zapewne zrobiłby wszystko, co w jego mocy, żeby uniemożliwić jej działalność mogącą odnieść wpływ na przyszłą decyzję mieszkańców tych ziem.

Najważniejsze zaś było, by nie mógł się do tego wtrącać, gdyby to bowiem zrobił, Laurel by zginęła. Słodka, niewinna dwunastolatka zostałaby zabita, bo jakiś przemądrzały kapitanina zrobił to, co uważa za „słuszne''.

Dźgnęła konia, ponaglając go we wspinaczce na stromy szczyt. Za cztery godziny miała się spotkać z kurierem.

I co widzisz? – spytał Toby, padając z powrotem na trawę, gdzie się sennie wygrzewał w południowym słońcu.

Ring opuścił lunetę i przez drzewa przyjrzał się kobiecie, która popędzała konia, wspinającego się po stromym zbocza. Już od trzech dni podążał za nią wraz z Tobym, który nie odstępował boku podopiecznego. Niczym nie Zdradzili swojej obecności. Więc nie zdawała sobie sprawy, że są tak blisko. Do tej pory nie zrobiła nic podejrzanego. Cały dzień siedziała w powozie, wieczorem mężczyźni rozbijali jej namiot. Co więcej, nie robiła nic ciekawego, ale tak był pochłonięty obserwowaniem jej, że dopiero drugiego dnia dostrzegł, że jadą za nią i inni.

Rankiem drugiego dnia zauważył dwóch mężczyzn. Niezgrabni, ociężali, wyraźnie nieprzyzwyczajeni do górzystych terenów, nawet nie próbowali się ukryć. Ring przez kilka godzin przyglądał się, jak obserwują La Reinę. Przypominali sępy, czekające na ofiarę. Kiedy się im przypatrywał, jakiś ruch kilkadziesiąt metrów nad obozowiskiem mężczyzn zwrócił jego uwagę. Ring wyciągnął lunetę na całą długość długość udało mu się odróżnić zarys ludzkiej sylwetki. O ile się nie mylił, był to Indianin. Samotny. Nie wyglądało na to, by ktoś mu towarzyszył. Kogo pilnował? Kobiety, czy mężczyzn, którzy ją śledzili?

Dopiero trzeciej nocy zobaczył jeszcze jedno obozowisko. Dwaj mężczyźni pilnujący La Reiny zawsze rozpalali ognisko, Indianin nigdy, a Ring tak się na nich skupił, że omal nie przegapił czwartego mężczyzny. Daleko, na tej samej grani, którą przemierzał, ktoś rozpalił małe ognisko i Ring czuł, że ów człowiek jest tu także z powodu La Reiny.

Odłożył lunetę.

– Za tą kobietą zmierza cała armia.

Toby podrapał się w ramię.

– Myślisz, że oni wszyscy jadą, żeby posłuchać jej śpiewu?

– Nie sądzę – parsknął Ring. – Coś w tym musi być, inaczej nie starałaby się za wszelką cenę mnie pozbyć.

Toby popatrzył na korony drzew i szeroko się uśmiechnął. Trzy dni temu Ring wrócił ze swej wyprawy opuchnięty, posiniaczony, zmarznięty i zły. I choć Toby na wszelkie sposoby usiłował z niego wyciągnąć, co się stało, Ring mu nie opowiedział. Od tamtej pory jechali za śpiewaczką, obserwując ją i okolicę, choć cały czas trzymali się w bezpiecznej odległości. Teraz odpoczywali, a przynajmniej Toby, ponieważ Ring leżąc na brzuchu w trawie przyglądał się kobiecie, która wspinała się po drugiej krawędzi głęboko do parowu.