– Tym razem zrobimy to bardzo powoli – odezwał się zdławionym głosem, a krew coraz mocniej pulsowała mu w żyłach. – Nie przypuszczasz nawet, jak powoli.

Chciała coś powiedzieć, ale on zaczął poruszać się w niej i wszystko inne przestało istnieć. Przylgnęła do niego i dała się prowadzić, oddając każdą pieszczotę, dzieląc z nim wszystkie wrażenia i odczucia. Czas się zatrzymał, wszystko zostało odsunięte na bok i zapomniane, zostali tylko oni, złączeni, spleceni ze sobą, nie wiedzący i bynajmniej nie chcący wiedzieć, w którym miejscu jedno z nich się kończy, a zaczyna drugie.

Lisa obudziła się, kiedy świt ledwo zaczął różowić dalekie szczyty gór. Przez chwilę przyglądała się Rye'owi, śpiącemu z wyrazem spokoju na twarzy, a potem ostrożnie, żeby go nie zbudzić, wyślizgnęła się z plątaniny koców i szybko ubrała. Włożyła kilka rzeczy do plecaka, zasznurowała go i cicho wymknęła się z chaty. Ziemię pokrywał szron, który błyszczał jeszcze intensywniej przez wiszące w jej rzęsach łzy. Był przymrozek i wiedziała, że to koniec lata, nawet jeżeli południe będzie jeszcze upalne. Osiodłała stojącego cierpliwie wałacha i poprowadziła go w stronę drogi.

Rye'a obudził ochrypły krzyk sójki. Z zamkniętymi oczami wyciągnął rękę, ale zamiast Lisy znalazł jedynie zimne koce. Wstał, podszedł do drzwi i wyjrzał na dwór. Wszystko pokrywał biały szron. Nie było śladu dziewczyny, nie widać było nigdzie dymu ogniska. Wydawało mu się, jakby coś w wyglądzie tego miejsca się zmieniło, ale w końcu uznał, że to wrażenie wywołane przez tę biel pokrywającą ziemię.

– Lisa?

Panującej wkoło ciszy nie zakłócił żaden dźwięk. – Lisa!

Przenikliwy chłód sprawił, że Rye zdał sobie wreszcie sprawę z tego, że jest nagi i cały trzęsie się z zimna. Wrócił do środka i ubrał się szybko, przez cały czas mówiąc sobie, że nie stało się nic złego, a Lisa po prostu jest gdzieś dalej na łące i dlatego go nie słyszy.

– Cholera jasna – mruknął, wciągając buty. – Już naprawdę mam dosyć tego, że ona zawsze znika, kiedy tylko się odwracam. Potrzebuję jej bardziej niż ta przeklęta łąka.

Wspomnienie minionej nocy wróciło tak nagle, że aż zrobiło mu się gorąco. Nie spotkał nigdy kobiety oddającej się tak całkowicie, pragnącej tylko jego i nie żądającej niczego w zamian.

Właśnie tyle jej dał. Po prostu nic. A ona i tak czekała na niego, biegła do niego w ciemności. Chciała jego, tylko jego. Rye'a.

Zastygł nagle podnosząc kurtkę z podłogi. Ogarnął go dziwny niepokój, który usiłował zignorować od chwili, kiedy przebudził się i okazało się, że Lisy nie ma. Dlaczego płakała w nocy? Czy może czegoś od niego oczekiwała? Ale nigdy przecież o nic nie prosiła.

A kiedy łzy przestały płynąć, kochała się z nim tak, jakby obsypał ją klejnotami.

Zdenerwowany wyszedł rozejrzeć się po łące, poszukać jakiegokolwiek śladu obecności Lisy. Mrużąc oczy powiódł wzrokiem po całej okolicy, po czym odwrócił się i wszedł z powrotem do chaty, próbując zignorować złe przeczucia.

– Równie dobrze mogę zaparzyć kawę -powiedział do siebie. – Cokolwiek teraz ona robi, to nie może potrwać długo. Jest tak zimno, a Lisa nawet nie ma porządnej kurtki. Powinna być na tyle rozsądna, żeby wziąć moją.

Już w chwili, kiedy to mówił, zdał sobie sprawę, że nigdy nie wzięłaby jego kurtki, nawet myśl o tym nie przyszłaby jej do głowy. Była przyzwyczajona do obywania się bez mnóstwa rzeczy, które większość ludzi traktowała jako niezbędne. Nagle przyszedł mu do głowy pomysł, który tak mu się spodobał, że przystanął i uśmiechnął się do siebie. Kupi jej kurtkę w kolorze jej oczu i będą razem się cieszyli, kiedy otuli ją, osłoni przed największymi zimowymi chłodami. Wciąż się uśmiechając, podszedł do ogniska i zatrzymał się w pół kroku, czując, że krew ścina mu się w żyłach.

Pod pokrywą szronu nie było paleniska, nie było rusztu ani osmolonego dzbanka, ani żadnych innych przedmiotów. Wyglądało, jakby Lisa nigdy nie grzała tu sobie rąk przy ogniu, nie częstowała głodnych przybyszów świeżo upieczonym chlebem i mocną kawą·

Odwrócił się i popatrzył na łąkę, zbyt późno zdając sobie sprawę, co w jej wyglądzie tak mu się nie podobało. Na pokrytej bielą ziemi nie było żadnych śladów, żadnego znaku, że poszła sprawdzić swoją hodowlę.

Ona po prostu odeszła.

Wmawiając sobie, że się myli, pobiegł do chaty.

Szarpnął za drzwiczki szatki i zobaczył, że jest pusta. Nie pozostało śladu bytności Lisy. Nie było plecaka ani aparatu fotograficznego, ani filmów, ani zeszytów z notatkami czy torebek z nasionami. Nic, oprócz pogniecionej papierowej torby, wsuniętej w najdalszy kąt najwyższej półki i najwidoczniej zapomnianej. Patrzył na nią długo, przypominając sobie, że ją już przedtem widział, przypominając sobie ból w oczach Lisy, gdy odkryła jego tożsamość, i to, że zabrała wtedy torbę zjego rąk; mówiąc, że to było przeznaczone dla Rye'a, nie dla Bossa Maca, który nie potrzebuje takich prezentów.

Powoli wyjął porzuconą torbę z szatki. Podszedł do miejsca, gdzie słońce wpadało przez otwarte drzwi i zobaczył, że jest w niej męska koszula – szara, z delikatnymi plamkami błękitu i zieleni, uszyta z miękkiego, lśniącego jak jedwab lnu. Pogłaskał ją bardzo delikatnie, jakby obawiał się, że to tylko dym, który rozwieje się przy najmniejszym ruchu. Pogładził palcami guziki – były niezwykle gładkie, z delikatnym wzorem – i zdał sobie sprawę, że są zrobione z kości słoniowej lub rogu.

– Gdzie ona coś takiego znalazła? – wyszeptał ze zdziwieniem. – I skąd, na Boga, miała tyle pieniędzy, żeby to kupić?

Zajrzał do środka, gdzie pod kołnierzykiem większość koszul ma metkę. Tu nie było nic, ale zwrócił uwagę, że wykończenie jest staranniejsze niż kiedykolwiek widział. Rozpiął koszulę i przejrzał boczne szwy, gdyż najbardziej ekskluzywne domy mody tam też umieszczały metki. Tutaj również nic nie znalazł. Z niedowierzaniem przesunął jeszcze raz palcami po tych niezliczonych, drobniutkich szwach, mówiąc sobie, że to nie może być prawda, że ona nie byłaby w stanie uszyć tego przy pomocy tych paru przyborów, które mieściły się w plecaku. Nie dałaby rady wyciąć guzików z rogu i wypolerować ich tak, żeby miały gładkość satyny. Nie mogłaby spędzić godziny za godziną, siedząc po turecku na podłodze chaty i szyjąc, szyjąc, szyjąc aż do zachodu słońca, kiedy to musiała odkładać robotę do następnego dnia. A kiedy dowiedziała się, kim on jest, odjechała, nie wspominając nawet o tym prezencie, któremu poświęciła tak wiele wysiłku i troski.

"Co jest w tej torbie?"

"Nic, czego byś potrzebował".

Na chwilę zamknął oczy, nie mogąc znieść bolesnej prawdy. Lato się skończyło i Lisa odkryła, że mężczyzna o imieniu Rye nie istnieje poza łąką, w realnym świecie. Ochraniając siebie tak zawzięcie, zranił ją, złamał jej serce i na dodatek nie zdawał sobie z tego sprawy. Aż do chwili obecnej.

"Co jest w tej torbie?"

"Nic, czego byś potrzebował".

Powoli zdjął kurtkę, potem spłowiałą roboczą koszulę i włożył prezent uszyty przez Lisę dla Rye'a, kowboja nie posiadającego ani grosza.

Koszula pasowała na niego idealnie.

Lisa skierowała konia na trakt, który odchodził od starej drogi i wiódł w kierunku sąsiedniego rancho, skąd do miasta było już tylko ze dwa kilometry. Nosy natychmiast zwolnił kroku. Próbowała popędzić go, najpierw głosem, a potem i obcasami. Koń niechętnie przyśpieszył, by zaraz zwolnić, kiedy tylko puściła wodze. Zachowywał się tak, jakby nogi przyklejały mu się do ziemi, i najwyraźniej chciał zawrócić do swojej stajni. Próbował stawać dęba na widok każdego cienia, skręcać we wszystkie boczne ścieżki, strzygł uszami i z oczu wyzierało mu niezadowolenie.

– Słuchaj – odezwała się Lisa głośno, pochylając się do łba upartego zwierzęcia. – Wiem, że to nie jest droga na twoje rancho, ale ja chcę właśnie tędy pojechać. – Jesteś tego pewna?

Uniosła głowę i z niedowierzaniem spojrzała przed siebie. Rye obserwował ją siedząc na Devilu. Czarna sierść konia błyszczała od potu, nozdrza rozdymały się, chwytając z wysiłkiem powietrze. Kawałki gałązek i liści przyczepiły się do siodła i uprzęży.

– Jak tu się…? – Głos jej się załamał.

– Na skróty – odparł Rye krótko.

– Nie powinieneś był za mną jechać – powiedziała, usiłując powstrzymać łzy. – Chciałam, żebyś zapamiętał mnie, jak się śmieję.

– Musiałem cię dogonić. Zostawiłaś coś ważnego. Bezradnie patrzyła, jak rozpina kurtkę. Zbladła, widząc, że ma na sobie uszytą przez nią koszulę.

– Nie… nie rozumiesz – rzekła z trudem, przestając zważać na płynące łzy. – Zrobiłam t… to dla kowboja Rye'a. Ale on istnieje tylko podczas lata, na łące. Tak jak i ja.

– Mylisz się. Istnieję naprawdę, i ty też. Chodź do mnie, maleńka.

– Nie myślę, żeby… – zaczęła drżącym głosem.

– Myślenie zostaw już mnie -powiedział specjalnie szorstkim głosem. – Chodź bliżej, dziecinko. Bliżej.

Zamknęła oczy, żeby oprzeć się pokusie dotknięcia go. Mimo że stał blisko, wiedziała, że tak naprawdę jest poza jej zasięgiem. Nagle Rye bez ostrzeżenia spiął konia, znalazł się tuż niej i porwał w ramiona. Uniósł ją z siodła i trzymał mocno w objęciach. Zanurzył twarz w jej włosach, nie starając się nawet ukryć drżenia, kiedy jej ręce powoli objęły go za szyję i uścisnęły z całej siły.

– To nieważne, czy jest lato, czy zima, łąka czy rancho -.odezwał się po chwili. – Rye czy Boss Mac, czy Edward Ryan McCall Trzeci, to wszystko nie ma znaczenia. Wszyscy oni cię kochają. Ja cię kocham. Kocham cię tak bardzo, że nie mogę doczekać się, żeby ci to powiedzieć.

Całował ją powoli, czule, chciał pokazać w ten sposób, jak bardzo ją kocha, jak bardzo potrzebuje. Czuł, że po policzkach spływają mu jej gorące łzy, i słyszał słowa miłości wypowiadane na przemian z urywanym szlochaniem. Tulił ją mocno i wiedział, że już nigdy nie obudzi się samotny.

Wzięli ślub na łące, a otaczająca ich przyroda zachwycała swoim bogactwem. On miał na sobie uszytą przez Lisę z taką miłością koszulę i od tej pory nosił ją w każdą rocznicę tego dnia. Pory roku przychodziły i odchodziły, tak jak to następowało od wieków. Łąka rozbrzmiewała śmiechem ich dzieci, a potem dzieci ich dzieci, kiedy odkrywały pełnię życia, jaką łąka znała od początku istnienia.